Prawda o liczbie 666 i historia wielkiego odstępstwa
I
Dr Alberto R. Treiyer
Edwin de Kock, autor książki The Truth About 666 And the Story of the Great Apostasy (Prawda o liczbie 666 i historia wielkiego odstępstwa) wydanej w 2011 roku, urodził się w Republice Południowej Afryki ponad 80 lat temu. Studiował teologię, literaturę, pedagogikę i językoznawstwo. Nauczał przez ponad 35 lat w wyższych uczelniach w Republice Południowej Afryki, Korei Południowej i Stanach Zjednoczonych oraz podróżował niestrudzenie po świecie odwiedzając muzea, katedry i inne miejsca ważne z historycznego punktu widzenia.
Przez dwanaście lat (1977-1989) był prezesem Południowoafrykańskiego Stowarzyszenia Esperanto i napisał wiele utworów poetyckich w tym języku, przetłumaczonych następnie na inne współczesne języki. Znajomość wielu języków pomagała mu w dziele badania historii wielkiego odstępstwa, gdyż był w stanie wyśledzić w historii pewne wierzenia związane z tematem jego książki opublikowane w różnych językach.
Ponadto de Kock jest autorem książek: Seven Heads and Ten Horns in Daniel and the Revelation (Siedem głów i dziesięć rogów w Księdze Daniela i Apokalipsie Jana, 2011), The Use and Abuse of Prophecy (Używanie i nadużywanie proroctwa, 2007) oraz Christ and Antichrist in Prophecy and History (Chrystus i antychryst w proroctwie i historii, 2001). Ma on wyraźną orientację historycystyczną i dobrze zna wszelkie fałszywe idee wprowadzone do teologii naszego Kościoła w kwestii proroctwa. Ta książka licząca 874 strony powstała pod wpływem wstrząsu, jaki przeżył autor, kiedy przeczytał w kwartalniku Lekcji Biblijnych 2/2002 autorstwa dr. Ángela M. Rodrígueza część przeznaczoną na 8 czerwca, gdzie zanegowano to, czego nasz Kościół uczył przez półtora wieku.
Kiedy zaczął gromadzić materiały, by obalić tezę A.M. Rodrígueza, byłego dyrektora Instytutu Badań Biblijnych, odkrył, że wielu pastorów i doktorów teologii także było zdegustowanych zmianami wprowadzonymi przez Rodrígueza. Rodríguez zaczerpnął te zmiany – świadomie czy nieświadomie – od katolików, spirytualistów i protestantów, którzy starali się obalić historyczną interpretację przyjętą przez Kościół Adwentystów Dnia siódmego albo po prostu utracili wiarę pierwszych protestantów. Szereg wiernych historycystycznych adwentystycznych badaczy, specjalistów w różnych dziedzinach zarówno z Europy jak i Stanów Zjednoczonych, w znacznym stopniu pomogło w badaniach. Takiego dzieła nie mógł dokonać jeden człowiek, gdyż wymagało ono zebrania informacji z wielu bibliotek i specjalistycznych ośrodków na świecie oraz z internetu, i to w tak krótkim czasie, by zawrzeć je w jednym tomie.
W gruncie rzeczy tom ten zawiera trzy książki, które autor postanowił wydać razem. Poszczególne książki noszą zatem następujące tytuły: (1) Historia wielkiego odstępstwa (podzielona na trzy części: Podstawy, Dojście papiestwa do władzy, Papież staje się królem), (2) Najobszerniejsze świadectwo historii, (3) Adwentystyczne powiązania. Tom zawiera siedem dodatków. Moją uwagę zwrócił szczególnie trzeci z nich, zawierający obszerną listę chronologicznej sekwencji niekatolickich autorów, którzy używali tytułu Vicarius Filii Dei w wiekach XVIII i XIX.
Po przeczytaniu gigantycznej książki Kocka muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, z jaką troską odpowiedziano w niej na liczne absurdalne interpretacje podawane na przestrzeni wieków, wykładając przedmiot uczciwie i obiektywnie oraz odpowiadając autorytatywnie i wyraźnie. Praktycznie każdego cytowanego autora z dziejów chrześcijaństwa aż do naszych czasów opisano krótkim szkicem biograficznym, który pozwala czytelnikowi powiązać autora z epoką, w której żył, i rolą, którą odgrywał. Choć może to czynić lekturę książki nieco trudniejszą dla wielu czytelników, jako że główny wątek zostaje podzielony przez wtrącenia, to jednak dla innych, w tym autora niniejszej recenzji, czyni to książkę jeszcze bardziej fascynującą. Ponieważ tytuł Vicarius Filii Dei dotyczy wyłącznie papiestwa i zawsze wiąże się z jego duchową i polityczną supremacją, historia tego tytułu jest w gruncie rzeczy historią wielkiego odstępstwa przepowiedzianego przez Daniela, Pawła i Jana w Apokalipsie.
II
W Lekcjach Biblijnych na 7 i 8 czerwca 2002 roku Ángel Manuel Rodríguez podsumował problemy, na jakie natrafił starając się podtrzymać to, co nasz Kościół za pośrednictwem Uriah Smitha przejął z protestantyzmu w 1865 roku (s. 456). A.M. Rodríguez przyjął metodę, która była stosowana w Aleksandrii w celu rozwiązywania problemów w Słowie Bożym, mianowicie alegorię. Zamiast powiązać konkretną postać z liczbą 666, postanowił, że lepiej będzie przypisać tej liczbie spirytualistyczne znaczenie. W rozdziale 10 mojej książki zatytułowanej The Apocalyptic Expectation of the Sanctuary (Apokaliptyczne oczekiwania związane ze świątynią) wykazałem, że jest to tendencja, którą niektórzy z naszych teologów przejawiają coraz częściej, byle tylko nie powiedzieć wprost, jak Natan Dawidowi: „Ty jesteś tym mężem”, albo jak Daniel Nebukadnesarowi: „Ty jesteś głową ze złota”. W wyniku spirytualizacji apokaliptycznej treści można mówić o ideach i ogólnikach nie wymieniając z nazwy postaci czy instytucji, do której ta treść się odnosi. Ta metoda, tak modna dzisiaj, jest nazywana idealizmem i stopniowo zaciera Boże zlecenie, które otrzymaliśmy, by obnażać bluźnierczy charakter rzymskiego papiestwa (Ap 13,9-11.
Podsumujmy teraz uzasadnienie, jakie A.M. Rodríguez podał odrzucając to, co nasz Kościół głosił przez ponad półtora wieku. Żaden z tych powodów nie ma podstaw w Biblii ani historii Kościoła, jak dobitnie wykazuje Edwin de Kock. Zatem Rodríguez twierdzi, że:
- Biblia nie mówi, że liczba ta dotyczy numerycznej wartości przypisanej literom imienia.
Krótka odpowiedź. Dochodzi on do tego wniosku ignorując najstarszy sposób, w jaki interpretowany był werset Ap 13,18 oraz to, co sam fragment daje nam do zrozumienia, polecając obliczyć liczbę imienia. Taka praktyka była powszechna w czasach Jana. Potwierdzają ją też najbardziej współczesne komentarze. Problem, jaki Rodríguez w tym dostrzega, jest oparty na innym poważniejszym problemie, który przejawia, a mianowicie spirytualizacji owego imienia.
- Symbol może służyć jako reprezentujący ludzkość pozbawioną boskiego odpocznienia (siódmego dnia). Nie dotyczy koniecznie imienia człowieka, ale imienia ludzkości.
Krótka odpowiedź. Tutaj Rodríguez w zdumiewający sposób wydaje się zapominać o bestii i przechodzić nad nią mówiąc o ludzkości. Bestia symbolizuje instytucję, papiestwo, a nie żadną inną instytucję czy ludzkość jako taką, która w większości nie świętuje prawdziwego dnia odpoczynku. Edwin de Kock wykazuje dobitnie, zwłaszcza w dodatku VII (s. 886-870), że oferowane przez niektóre przekłady tłumaczenie słowa antropos jako „ludzkość” nie jest poprawne w kontekście greckiej Biblii, jako że chodzi tu o liczbę bestii, a nie ludzkości. Greka obfituje w przymiotniki, w tym w przypadku przedmiotowego słowa, mianowicie: antropeios, antropikos, antropinos. Natomiast antropos odnosi się do człowieka, ludzkiej istoty. Tak więc najlepsze przekłady tłumaczą to wyrażenie w Ap 13,18 jako „liczba człowieka”, co jest oczywistym nawiązaniem do „człowieka grzechu”, który zasiądzie w świątyni Boga (Kościele) czyniąc się poniekąd Bogiem (2 Tes 2,3-5), a nie do całej ludzkości żyjącej w oddaleniu od Boga. Jak wyjaśniam w mojej książce cytowanej powyżej, w dążeniu do znalezienia rzekomego symbolicznego znaczenia liczby wielu zapomina o imieniu.
- Obliczenie wartości numerycznej liter imienia jest spekulatywne, jako że wiele imion może zawierać taką sumę.
Krótka odpowiedź. Nie jest to kwestia spekulacji, ale identyfikacji „bluźnierczego” imienia bestii (Ap 13,1.5-6) pasującego do kontekstu jej opisu podanego w Ap 13. Jedyne bluźniercze imię czy tytuł papiestwa, którego litery zawierają liczbę 666 to Vicarius Filii Dei.
- Nie można dowieść, że tytuł Vicarius Filii Dei był oficjalnym tytułem rzymskiego papiestwa.
Krótka odpowiedź. De Kock dowodzi dobitnie, że był to oficjalny tytuł rzymskiego papiestwa, który poszczególni papieże stosowali do siebie, w tym także współcześni, a wielu wysokich dostojników Kościoła Rzymskokatolickiego tytułem tym podpierało bluźnierczy polityczny i duchowy autorytet papiestwa.
- Biblia nie mówi, w jakim języku należy odczytać to imię, a zatem wybór języka z natury rzeczy musi być arbitralny.
Krótka odpowiedź. Już Helwig, niemiecki filolog, którzy na początku XVII wieku odkrył ten bluźnierczy papieski tytuł i jego numeryczne powiązanie z liczbą 666, ustalił jasną zasadę, iż należy uwzględnić oficjalny język bluźnierczej instytucji, tzn. łacinę. Nie ma sensu doszukiwać się nazwy w języku, który nie jest używany przez bluźnierczą potęgę przepowiedzianą w proroctwie.
- Najlepsza interpretacja jest taka, iż liczba 6 oznacza bunt, którego intensywność jest podkreślona przez trzykrotne użycie tej liczby. (!)
Krótka odpowiedź. Tzw. liczby arabskie weszły w użycie około 1000 lat później, a w Europie jeszcze kilka wieków później. W grece starożytnej nikt nie byłby w stanie zrozumieć tej liczby wyrażonej jako trzy szóstki. [Została ona zapisana jako 600 60 6, a nie 6 6 6].
Przed Ángelem Manuelem Rodríguezem doszło do pewnych kontrowersji w naszym Kościele w związku z tytułem Vicarius Filii Dei, zwłaszcza pod wpływem katolickiej krytyki, ale także w wyniku innych symbolicznych interpretacji, zarówno spirytualistycznych jak i protestanckich, które próbowano wprowadzać. Konflikt między liberalnymi i konserwatywnymi interpretatorami zaczął się w naszym Kościele dawno temu, a stronnictwo liberalne zyskało teren wraz z publikacją, którą Instytut Badań Biblijnych naszego Kościoła przygotował na ten temat pod koniec lat 80. XX wieku. Zasadniczy problem z Ángelem Manuelem Rodríguezem, który generalnie uchodzi za konserwatywnego, polega na tym, że jako pierwszy wyłożył on wszystkie te liberalne argumenty pochodzące z zewnątrz, i to w kwartalniku Lekcji Biblijnych o światowym zasięgu. Choć Kościół Adwentystów Dnia Siódmego nie uważa się za nieomylny (tylko Bóg jest nieomylny oraz Jego Słowo), skoro kwartalnik Lekcji Biblijnych jest zatwierdzany przez specjalny komitet wyznaczony do jego przeglądu, to opublikowane Lekcje Biblijne są postrzegane przez wyznawców jako głos Kościoła.
Skutek jest taki, że od tej pory kaznodzieje i wyznawcy na całym świecie opierają się na tym świadectwie, przestając identyfikować rzymskie papiestwo z jego najbardziej charakterystycznym bluźnierczym tytułem. Jest więc stosowne, by ta dyskusja zyskała dalsze zainteresowanie ze strony Kościoła od samego jej początku, tak aby zwrócono uwagę na fakt, iż nie opublikowano dobrze udokumentowanej oficjalnej odpowiedzi we właściwym czasie, a to ze względu na dogmatyzm i umysłowe zamknięcie stronnictwa liberalnego.
III
W latach 1844-1872 adwentyści dnia siódmego utrzymywali, iż liczba bestii w Ap 13 jest związana z papiestwem. Począwszy od 1872 roku adwentyści dnia siódmego powszechnie zaakceptowali protestancką interpretację pochodzącą od Andreasa Helwiga z początku XVII wieku (która stała się szczególnie popularna ze względu na śmiertelną ranę zadaną papiestwu w 1798 roku, zgodnie z proroctwami Księgi Daniela i Apokalipsy Jana) i późniejszych interpretatorów. W dodatku III Edwin de Kock oferuje listę około 100 niekatolickich autorów podających taką interpretację.
Niemniej wielu protestantów oferowało w tym samym czasie inne nazwy użyte w powiązaniu z papiestwem czy Kościołem rzymskim jako zawierające liczbę 666. Wartość opracowania Uriah Smitha, który wprowadził tę interpretację do naszego Kościoła, polegała na tym, iż odniósł on ją wyłącznie do tytułu Vicarius Filii Dei. Uzasadnił to tak, iż inne proponowane nazwy identyfikujące bestię z Ap 13 były zbyt ogólne (s. 459), a zatem w ścisłym sensie nie identyfikowały prawdziwie bluźnierczego charakteru papiestwa jako takiego. Taka interpretacja, zważywszy szerzenie się profetycznego świadectwa naszego Kościoła, nie pozostała niezauważona przez Kościół Rzymskokatolicki, zwłaszcza że taka identyfikacja papiestwa przyczyniała się do pozyskiwania zwolenników dla przesłania adwentystycznego. Katolicka reakcja dała się silnie odczuć już w pierwszej połowie XX wieku.
Na początku XX wieku adwentyści dnia siódmego praktycznie jako jedyne wyznanie nadal identyfikowali papiestwo z tytułem Vicarius Filii Dei jako wypełniającym proroctwo Ap 13,18. Stąd atak został skierowany przeciwko nim. Kościół Rzymskokatolicki otrzymał śmiertelny polityczny cios w 1798 roku i stracił państwo papieskie po 1870 roku. Od tej pory łatwiej było katolikom kamuflować tytuł Vicarius Filii Dei, kiedy uznawali to za wygodne, i twierdzić, że nigdy nie był to oficjalny tytuł papieża, gdyż zawsze łączył się z papieżem jako władcą oraz z jego polityczną i religijną władzą.
Z biegiem czasu, po tym, jak papiestwu została zadana polityczna śmiertelna rana w 1798 roku, protestanci zaczęli tracić przekonanie, że to właśnie ten religijno-polityczny twór jest wskazany w proroctwie. Nie uchwycili faktu, iż Apokalipsa Jana zapowiada „zmartwychwstanie” papiestwa w bliskiej przyszłości (Ap 13), na krótko przed tym, jak zostanie zniszczone na zawsze podczas powtórnego przyjścia Chrystusa (Ap 16—19).
Katolickim autorem, który najmocniej atakował adwentystyczną interpretację Ap 13,18 był pewien Żyd nawrócony na katolicyzm nazwiskiem David Goldstein. Po swoim nawróceniu zdecydowanie atakował judaizm, a potem przerzucił się na atakowanie naszego Kościoła. Jego awersja do Kościoła Adwentystycznego manifestowała się szczególnie po tym, jak otrzymał pozwolenie policji na odwiedzenie pewnego więźnia w teksańskim więzieniu skazanego za morderstwo i czekającego na wykonanie wyroku śmierci. Ku swemu zaskoczeniu Goldstein dowiedział się, że adwentyści pozyskali zainteresowanie tego człowieka i odwiedzali go, tak iż nawrócił się na naszą wiarę. Goldstein zobaczył w celi skazańca rozmaite broszury wydane przez nasz Kościół. W jednej z nich zauważył wymieniony papieski tytuł, a pomiędzy broszurami znalazł rysunki sporządzone przez jednego z naszych braci przedstawiające koronę papieską z napisem Vicarius Filii Dei. Próżno nasz uwięziony brat usiłował przekonać owego judeokatolika do takiej interpretacji. Opuścił on więzienie wielce wzburzony. Potem poświęcił się atakowaniu Kościoła Adwentystycznego w artykułach i książkach, a nawet uzyskał w tym celu imprimatur arcybiskupa Bostonu.
Pośród argumentów, którymi posługiwał się ów katolicki ksiądz, można znaleźć niektóre z tych, jakich użył A.M. Rodríguez w kwartalniku Lekcji Biblijnych 2/2002. Wspomnimy tu jedynie pozostałe argumenty zebrane przez Davida Goldsteina, które tej zapożyczył od innych autorów, zarówno katolików jak i protestantów, którzy go poprzedzali.
- Oficjalnym tytułem papieża zawsze był tytuł Zastępca Chrystusa, a nie Zastępca Syna Bożego.
Krótka odpowiedź. To oczywista nieprawda. Tytuł Zastępca Chrystusa był stosowany przede wszystkim przez cesarza Konstantyna, a potem chrześcijańskich biskupów zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Nie został wymyślony przez papieża ani nie był używany wyłącznie przez niego, jako że stosunkowo jeszcze do niedawna był używany przez innych chrześcijańskich biskupów. Można też argumentować, że sam w sobie niekoniecznie jest to tytuł bluźnierczy, jako że greckie słowo christos znaczy „namaszczony”, a w historii biblijnej wielu było Bożych „pomazańców” (np. królowie Izraela, kapłani czy prorocy). Ale tytuł Zastępca Syna Bożego został wymyślony przez papieża i był używany wyłącznie przez niego w celu podkreślenia jego politycznej i religijnej władzy. Jest zatem szczególnie bluźnierczy, gdyż choć każdy z nas jest dzieckiem Bożym, to jednak jedynie dzięki adopcji (Rz 8), dzięki jedynemu Synowi Bożemu.
W moim trzecim traktacie o świątyni zatytułowanym The Apocalyptic Expectations of the Sanctuary (Apokaliptyczne oczekiwania związane ze świątynią), w rozdziale 10 wykazałem, dlaczego tytuł Syn Boży był uważany za tak bardzo bluźnierczy przez Żydów (którzy przecież nigdy nie oskarżali Jezusa o bluźnierstwo za to, że nazywał się Chrystusem czyli Mesjaszem). Sposób, w jaki Jezus odniósł tytuł Syn Boży do siebie, czynił Go „równym Bogu” (J 10,29-36). Jest to zatem tytuł, którego muzułmanie w późniejszych czasach nienawidzili bardziej niż jakiegokolwiek innego i traktowali jako szczególnie bluźnierczy. Diabeł usiłował zasiać w umyśle Jezusa wątpliwości, sugerując, że przyjmując ludzką naturę, Jezus nie mógł pozostać Synem Bożym (Mt 4). Nie powinno nas więc zdumiewać, że diabeł zrobił wszystko, by umieścić w Kościele rzymskiego antychrysta, który przypisał sobie tytuł pod nieobecność Syna Bożego. To właśnie w kontekście negacji tego tytułu Jan w swoim liście wspomina o mającym przyjść antychryście (1 J 2,22-24). Choć udaje on, że wyznaje wiarę w Syna Bożego, to jednak można go poznać po czynach. Życie wieczne jest udzielane w imię Syna Bożego (1 J 5,10-13), a nie zarozumiałego, bluźnierczego biskupa, który kłamliwie twierdzi, że ma moc odpuszczania grzechów.
- Tytuł Zastępca Syna Bożego nigdy nie był umieszczony na papieskiej koronie.
Krótka odpowiedź. Nie sposób tego dowieść, jako że w 1798 roku generał Berthier obalił papieża i aresztował go. Wraz z nim zabrał wszystkie papieskie korony. Z tych koron Napoleon kazał później sporządzić inną koronę i wysłał ją papieżowi, kiedy po latach zapragnął odnowić relacje z papieżem w roli wasalnego księcia podlegającego cesarzowi. Później papieże sporządzali dla siebie nowe tiary z różnymi napisami i tytułami. Jednak byli tacy, którzy świadczyli, że widzieli ten napis na papieskiej koronie zarówno przed 1978 rokiem, jak również później. Jednak nie jest niekoniecznie, by dowieść istnienia papieskiej korony z napisem Zastępca Syna Bożego, aby dowieść, że ten szczególnie bluźnierczy tytuł był stosowany później.
- Tytuł Vicarius Filii Dei daje liczbę 665, a nie 666, ponieważ, zgodnie z odkryciem Goldsteina, liczby należy liczyć łącznie.
Krótka odpowiedź. Współcześni eksperci cytowani przez Edwina de Kocka, tacy jak Eric W. Weisstein, który otrzymał tytuł doktora technologii w 1996 roku na Kalifornijskim Instytucie Technologii i napisał artykuł zatytułowany Roman Numerals (Liczby rzymskie), dowiedli, że rzymskie liczby w średniowieczu były tworzone wyłącznie przez dodawanie. Np. 4 zapisywano jako IIII, 40 – XXXX, 9 – VIIII, a 90 – LXXXX. Do dziś spotyka się zegary ścienne, w których zastosowano ten system. Później zastosowano system tworzenia liczb rzymskich także przez odejmowanie. Rzymianie nie używali takiego systemu w praktyce, a stał się on popularny w Europie dopiero po wynalezieniu druku, znacznie później niż po tym, jak tytuł Vicarious Filii Dei został przypisany papieżowi.
Z drugiej strony, jak wyjaśnia Wheelock, zgodnie z zasadami łacińskiej gramatyki grupowano dwie występujące obok siebie głoski albo głoskę i dyftong. Dlatego podział rozważanego tytułu musi być następujący: VI-CA-RI-VS FI-LI-I DE-I, co daje liczbę 666, a nie żadną inną. Inni katoliccy autorzy, którzy przypuszczalnie lepiej opanowali łacinę niż żydowsko-holenderscy imigranci tacy jak Goldstein, używali innych argumentów, które już rozważyliśmy, przeciwko protestanckiej i adwentystycznej interpretacji Ap 13,18, ale nie odwoływali się do ignoranckiego argumentu Goldsteina i jego sposobu grupowania rzymskich liczb.
- Nazwisko Ellen Gould White także zawiera liczbę 666 (s. 46).
Krótka odpowiedź. E.G. White nie ma nic wspólnego z opisem podanym w Ap 13, mianowicie opisem apokaliptycznej bestii czyli antychrysta, który pasuje wyłącznie do papieża. Ponadto litera W nie istnieje w oryginalnym łacińskim alfabecie ani nikt nie traktuje jej w łacinie jak podwójne V, jako że jest to litera, którą we współczesnych językach – takich jak holenderski Goldsteina czy angielski – adaptowano z łaciny, ale oznaczająca zupełnie inną głoskę. Wheelock wyjaśnia także to, pisząc, że rzymski alfabet nie zawierał liter J i W. Ponadto litera V była pierwotnie używana jako oznaczenie samogłoski U, jak również spółgłoski W. Dopiero w II wieku n.e. zastosowano dla wygody podwójne U, a zatem V jak i U były i są używane w łacińskich tekstach drukowanych we współczesnych czasach. Tak więc U, V i W mają tę samą wartość numeryczną, mianowicie 5. Nota bene, Vicarius Filii Dei wymawiano w oryginalnej łacinie tak, jak Wicarius Filii Dei w języku angielskim (s. 45).
Kiedy Edwin de Kock sugeruje, że pierwotnie słowo vicarius wymawiano jako wicarius, ma na myśli język angielski. Windows czy Williams są wymawiane w języku angielskim tak jak Vindows czy Villiams w języku hiszpańskim. Podobnie Rosjanie i inni Słowianie wypowiadają W, kiedy zaczynają się uczyć języka angielskiego. Nasz dorastający syn, kiedy spędził z nami miesiąc na Ukrainie, gdy zostaliśmy zaproszeni, by prowadzić szkolenie dla pastorów, także zaczął wypowiadać angielskie W w ten sposób, prowokując nas tym do śmiechu.
- Imię Nero Caesar w języku hebrajskim ma wartość 666.
Krótka odpowiedź. Język hebrajski nie był używany przez rzymskich cesarzy, a cechy tego cesarza nijak nie pasują do bestii z Ap 13, jako że mamy do czynienia z tronem przekazanym papiestwu przez rzymskich cesarzy (Ap 13,2).
- Vicarius Filii Dei to tytuł a nie imię. Imię papieża to (w owym czasie) Pius XII, a nie Zastępca Syna Bożego.
Krótka odpowiedź. W Ap 17,5 imię Babilon obejmuje różne tytuły. Podobnie Ap 19,13.16 odnosi do Jezusa imię Słowo Boże oraz Król królów i Pan panów. W grece słowo „imię” może oznaczać także „tytuł”, co jasno wykazują różne przekłady.
Fascynujące jest przeczytać w książce Kocka o tych interpretacyjnych bitwach. Podsumujmy je mówiąc, że kiedy pojawili się katoliccy krytycy, nasi pionierzy nie mieli wszystkich odpowiedzi. Tak więc niektórzy ulegli ich wpływowi i uwierzyli, że należy porzucić średniowieczną protestancką interpretację, którą odziedziczyliśmy. Jednak inni wierzyli, że interpretacja ta jest poprawna, a wiec uznali, że muszą szukać odpowiedzi. Znalezienie ich wymagało sporo wysiłku, ale niestety, odpowiedzi te spoczywają w archiwach, tak iż Kościół nie jest dobrze uzbrojony przeciwko wątpliwościom i kontrargumentom pochodzącym z katolicyzmu, a obecnie także protestantyzmu. Dlaczego? Edwin de Kock odnosi się do tych zawiłości bardzo szczegółowo w swojej obszernej publikacji. Tutaj możemy nakreślić jedynie kilka istotnych faktów, które wpływają na nasz Kościół aż do dziś.
IV
William Warren Prescott (1855-1944) był wiceprzewodniczącym Generalnej Konferencji, dyrektorem rady Review and Herald Publishing Association i redaktorem naczelnym Review and Herald. Był także rektorem jednocześnie trzech uczelni (Battle Creek College, Union College i Walla Walla College). Odgrywał istotną rolę w Kościele i był człowiekiem o rozległej wiedzy. Jego interpretacja trąb w Apokalipsie Jana nosi historyczną pieczęć i jest pełna wnikliwych obserwacji zebranych przez niego. Jednak katolicka reakcja w związku ze znaczeniem liczby 666 wpłynęła na niego w większym stopniu niż na innych, tka iż doszedł on do wniosku, że nasz Kościół zdyskredytował się odnosząc tytuł Vicarius Filii Dei do papiestwa. Tak więc aż do swojej śmierci w 1944 roku stanowczo twierdził, ze oficjalnym tytułem papieża był Vicarius Christi, a nie Vicarius Filii Dei, który, według niego, nigdy nie istniał. Upierał się przy tym do tego stopnia, iż doprowadził do wyznaczenia kmitetu Generalnej Konferencji w celu przestudiowania tego zagadnienia, który to komitet spotkał się o 9.00 26 kwietnia 1936 roku pod kierunkiem przewodniczącego Generalnej Konferencji Charlesa Henryego Watsona.
Prescottowi udało się przekonać niektórych członków komitetu do jego stanowiska, które przyjął w wyniku katolickiej krytyki, tak iż zdecydowano nie nalegać więcej na interpretację Ap 13,8 do tamtej pory uznawaną przez nasz Kościół, jeśli nie znajdzie się dla niej lepsza podstawa. Ze swojej strony przewodniczący Watson zlecił sekretarzowi zadanie rozpoczęcia badań na temat użycia terminu Vicarius Filii Dei w wiodących bibliotekach świata, zwłaszcza w Europie i Stanach Zjednoczonych. Inni także rozpoczęli własne badania.
Sytuacja wydawała się coraz bardziej komplikować, jako że nawet Leroy Froom wydawał się ulegać wpływowi krytyki, zwłaszcza że konsultował się z pewnymi ekspertami od łaciny w różnych miastach Europy i podsumował to w tej sposób, iż poza fałszywym dokumentem Darowizny Konstatyna w Dekretach Gracjana nie znalazł żadnego dokumentu, gdzie papież odnosiłby do siebie ten tytuł. Problem w tym, że część dyskusji w tym czasie dotyczyła tego, czy rzeczony tytuł widniał na papieskiej tiarze, czy też na drzwiach w Watykanie, co w przypadku niektórych spowodowało skierowanie poszukiwań na manowce w kwestii użycia tego tytułu jako takiego. Był nawet pewien ewangelista prowadzący spotkania ewangelizacyjne w Rzymie i uczestniczący w zorganizowaniu Unii Włoskiej, który postanowił dość nierozważnie (według de Kocka) udać się z fotografem do Watykanu i poprosić o wpuszczenie do pokojów papieskich. Nie zezwolono mu na to. Ale on nie dawał za wygraną, ponawiając wielokrotnie prośbę. W końcu pozwolono mu zwiedzić papieskie pokoje w towarzystwie papieskiego fotografa. Pokazano mu też trzy korony papieskie, z których żadna nie zawierała napisu, którego poszukiwał.
W badaniach uwzględniono także świadectwo ewangelisty Donalda Eugene’a Scolesa (1864-1907) ze Stanów Zjednoczonych. W Advent Review and Sabbath Herald z 20 XII 1906 roku opublikował on artykuł zatytułowany „The Crown of the Pope” (Korona papieska). Część artykułu była poświęcona tytułowi Vicarius Filii Dei, a autor spotkał się z byłym katolickim księdzem, który wniósł poprawki do sporządzonego przez niego rysunku, mówiąc, że widział ten napis na papieskiej tiarze, ale tytuł nie był w jednej linii, a raczej trzy słowa zostały umieszczone jedno pod drugim. Osiem lat później prezbiteriański pastor, który studiował w jezuickim kolegium w Rzymie zamierzając zostać księdzem, uczęszczał na jego spotkania i złożył takie samo świadectwo. Scoles zapytał go wtedy, czy złoży swoje świadectwo na piśmie i podpisze je, na co G. Hoffman wyraził zgodę.
Kiedy świadectwo to dotarło do Kościoła Rzymskokatolickiego, jego przedstawiciele postanowili je zdyskredytować, twierdząc, że jego autor nie był nigdy księdzem oraz że podczas szczególnych uroczystości takich jak koronacja nowego papieża liczba uczestników jest tak wielka, iż nie sposób, by zwykły ksiądz znalazł się tak blisko nowego papieża, by mógł odczytać tytuł na papieskiej tiarze. Ale Edwin de Kock zbadał tę historię i stwierdził, że G. Hoffman rzeczywiście był księdzem. W swojej książce przedstawił także i porównał świadectwa sporej liczby wiarygodnych osób będących przewodnikami wycieczek, opowiadających o niejednej uroczystości koronacji papieża w taki sam sposób, jak opowiedzieli o niej prezbiteriański pastor i były katolicki ksiądz.
Szczegóły dokumentacji podane przez Kocka są fascynujące, ale nie jesteśmy w stanie dłużej się przy nich zatrzymać, a poza tym nie jest warunkiem koniecznym umieszczenie tytułu na papieskiej koronie, aby tytuł ten był przyjęty i publicznie ogłoszony na przestrzeni wieków przez wielu papieży. Wystarczy powiedzieć, że po 1798 roku powstało wiele tiar (a nie tylko te trzy, które pokazano adwentystycznemu ewangeliście, kiedy poprosił o możliwość sfotografowania papieskich koron w papieskim apartamencie). Opis Hoffmana odpowiada w najmniejszych szczegółach oficjalnemu sprawozdaniu innych świadków koronacji nowego papieża, w tym przypadku Grzegorza XVI, który przypuszczalnie posługiwał się koroną podarowaną mu tego roku przez królową Krystynę. Zatem kwestia pozostaje otwarta, choć nie jest konieczne dowiedzenie, jak używany był tytuł papieski.
W naszym Kościele pośród tych, którzy podjęli wyzwanie odpowiedzenia na żywiołową krytykę przedstawioną przez Prescotta znalazł się Jean Vuilleumier, syn Alberta Frederica Vuilleumiera, jednego z pierwszych Europejczyków, którzy przyjęli przesłanie adwentystyczne, zgodnie z tym, co przeczytałem w książce o Ellen G. White napisanej przez jej wnuka Arthura. A.F. Vuilleumier służył Ellen G. White jako tłumacz podczas jej pobytu we Francji. (Opowiedział on ze zdumieniem, jak podczas wizyt w historycznych miejscach i katedrach oficjalny przewodnik ustępował miejsca Ellen G. White, która zaczynała opowiadać, co widziała w wizjach i przejmowała rolę przewodnika). Pozwól, że skorzystam z tej okazji, by powiedzieć, że kiedy nauczałem teologii w Collonges we Francji, moim uczniem był prawnuk Jeana Vuilleumiera i pra-prawnuk Alberta F. Vuilleumiera.
Jean Vuilleumier był redaktorem naczelnym francuskojęzycznych czasopism Revue Adventiste i Signes de Temps. Przyjmując wyzwanie Watsona, postanowił zbadać użycie tytułu Vicarius Filii Dei w zbiorach bibliotek w Paryżu i innych ważnych ośrodkach w Europie. Opracował niezwykły dokument, w którym dowiódł, że tytuł ten był używany oficjalnie przez papieży od co najmniej 1000 lat i usankcjonowany wyraźnie przez 150 papieży.
Na katolicką reakcję, która obecnie zaprzecza wszelkiej wiarygodności fałszywej, bez wątpienia sfabrykowanej przez Kościół Rzymskokatolicki, Darowizny Konstantyna dającej papiestwu władzę polityczną i duchową nad całą Europą, Vuilleumier odpowiedział, iż czyny mówią więcej niż słowa. Na tym fałszywym dokumencie papieże opierali swoją władzę niemal przez całe średniowiecze, roszcząc sobie najwyższy autorytet nad całym światem jako rzekomi sukcesorzy stolicy Piotrowej i Zastępcy Syna Bożego. Pozbyli się tego dokumentu, kiedy wykorzystali go zupełnie i nie mogli już dalej twierdzić, iż jest on autentyczny.
Vuilleumier zapytuje: Czy którykolwiek z papieży kiedykolwiek oficjalnie odrzucił ten tytuł? Nigdy! Przeciwnie, de Kock dowodzi, że nawet współcześni papieże odnosili ten tytuł do siebie. Pozwól, że dodam tutaj, iż cały system kultyczny Kościoła Rzymskokatolickiego z papieżem jako głową, rzekomym następcą Piotra i zastępcą Syna Bożego, jest jedną wielką farsą. Czy z tego powodu mamy przestać stosować biblijne proroctwa ostrzegające nas przed tą falsyfikacją, która miała się pojawić w Kościele chrześcijańskim? Fakt, iż tego rodzaju dokument był rozgłaszany, publikowany i używany jako legalna podstawa ustanowienia papieskiej supremacji w Europie i świecie stanowi sam w sobie najmocniejszy argument według Vuilleumiera.
Bardziej współcześnie Thomas Hodgkin, znawca spraw włoskich, potwierdził świadectwo Vuilleumiera. Napisał on, że historia Darowizny Konstantyna z kilkoma różnicami odpowiada historii średniowiecza. Dokument ten był wykorzystywany przez papieży od chwili, gdy został wymyślony w VIII wieku, a zwłaszcza od XI wieku, w celu umacniania ich roli jako najwyższej władzy rzekomego świętego imperium rzymskiego i całego świata. Przez wieki katolickie prawo kanoniczne odwoływało się do tego dokumentu jako przydającego splendoru jego ustanowieniom, a nikt nie przypuszczał, by dokument ten mógł być fałszywy ani nie ośmielał się mu przeciwstawić. Podczas moich wykładów prezentuję średniowieczny obraz przedstawiający cesarza Konstantyna klęczącego przed papieżem w potrójnej koronie, przedstawiający rzekome ustąpienie.
Innym dyrektorem adwentystycznej instytucji, który postanowił odpowiedzieć, był Thomas Marion French (1883-1949), zastępca redaktora naczelnego Review and Herald w latach 1934-1938. Jego praca była podobna w wymowie do pracy Vuilleumiera, a ponadto wykazał on, że niektórzy papieże stosowali ten tytuł zupełnie otwarcie, w tym Leon IX w 1054 roku, kiedy napisał do patriarchy Konstantynopola, Michała I Cerulariusza, starając się podporządkować Kościoły prawosławne swojej władzy, powołując się przy tym na Konstantyna i samego Boga, co ostatecznie doprowadziło do rozłamu między Kościołem Prawosławnym a Kościołem Rzymskokatolickim (s. 505). Inni bracia po drugiej stronie oceanu (w Europie) znaleźli w katolickich słownikach i innych dokumentach tytuł Vicarius Filii Dei pośród innych tytułów papieskich, a następnie opublikowali swoje odkrycia w europejskich czasopismach adwentystycznych.
Pomimo tego wszystkiego żadne z tych opracowań z ich szeroką dokumentacją nie przekonało liczącego wówczas już 80 lat Prescotta, który utrzymywał w czasopiśmie Ministry 3/1939, że nie wszystkie katolickie pisma są jednakowo oficjalne. Tak więc nie odpowiedział na pytania i oświadczenia Vuilleumiera i Frencha. Tak czy inaczej, 30 sierpnia tego samego roku w biurze nowego przewodniczącego Generalnej Konferencji J.L. McElhanyego komitet spotkał się ponownie, by przeanalizować wyniki uzyskane w wyniku poszukiwań. Wśród obecnych byli między innymi Froom, Vuilleumier i French, ale nie było tam Prescotta, który nie należał do komitetu. Prace Vuilleumiera i Frencach oraz inne dokumenty przekonały przywódców, iż istnieje dostateczna dokumentacja, by twierdzić to, co nasz Kościół zawsze głosił jako interpretację Ap 13,18. Mniejszy komitet został wyznaczony, by jak najszybciej wydać niewielką książkę czy broszurę w celu szerszego upowszechnienia zebranej dokumentacji w naszym Kościele. Jednak osoby odpowiedzialne za przygotowanie tej publikacji były zajęte między innymi poprawianiem książki Uriah Smitha, tak iż materiał na temat liczby 666 nigdy nie został opublikowany. Komitet spotkał się ponownie w 1943 roku (17 lutego) pod kierownictwem nowego przewodniczącego Generalnej Konferencji i przygotował dokument z pewnymi zmianami, ale i ten nigdy nie został opublikowany. Dlaczego?
Merwin R. Thurber, redaktor naczelny Review and Herald w tamtym czasie, niegdyś będący zastępcą Prescotta, który zmarł z zaawansowanym wieku w następnym roku (1944), wziął na siebie powiedzenie „nie” przewodniczącemu Generalnej Konferencji i zarządowi, który przegłosował 43-stronicowy dokument. Uzasadnił to tak, że w imię dobra nauki nie może opublikować takiej broszury. Raz jeszcze zapytam: Dlaczego? Jednym z powodów, jakie podał, było to, że materiał zawiera wiele powtórzeń, a pastorzy i kaznodzieje po jego lekturze nie będą lepiej przygotowani do przedstawiania zagadnienia (tym samym nie docenił umysłowych zdolności pastorów). Ponadto narzekał, że manuskrypt został oparty w głównej mierze na pracy Vuilleumiera, który cytował wielu francuskojęzycznych autorów. Skoro Kościół Adwentystyczny powstał w angielskojęzycznym środowisku, a dokument miał być wydrukowany w Anglii, Thurber uznał, że najlepiej byłoby powołać się na angielskojęzyczne źródła. (De Kock przypisuje tę postawę północnoamerykańskiemu nacjonalizmowi i wpływowi szefa Thurubera, Prescotta).
Tak więc cała ta niesamowita dokumentacja, która pozwoliłaby naszemu Kościołowi swobodniej głosić przesłanie w nawiązaniu do bluźnierczego tytułu papiestwa zawierającego liczbę 666, została zignorowana i wylądowała w archiwum. Wraz z nasilaniem się tendencji liberalnych w niektórych częściach naszego Kościoła liberalne stanowisko Prescotta przeważyło, powodując chaos w związku z naszą interpretacją Ap 13,18.
Gdyby ta godna docenienia dokumentacja została opublikowana, komitet Księgi Daniela i Apokalipsy Jana powołany przez Instytut Badań Biblijnych nie mógłby pod koniec lat 80. XX wieku zlekceważyć odwołania Apokalipsy Jana do tytułu Vicarius Filii Dei, a Ángel Manuel Rodríguez nie popełniłby tego samego błędu jako dyrektor Instytutu Badań Biblijnych, przedstawiając swój pogląd nie gdzie indziej jak w kwartalniku Lekcji Biblijnych (7-8 sierpnia 2002), gdzie podał listę powodów, dla których tytuł ten należy odrzucić. Podobnie Samuele Bacchiocchi wkrótce potem nie wysunąłby całego szeregu niepowiązanych ze sobą argumentów na rzecz odrzucenia tego tytułu ani William Johnson, redaktor naczelny Review and Herald, nie opowiadałby się za szatańską trylogią szóstek, która nie istnieje w grece, a Jon Paulien i Ranko Stefanovic na Uniwersytecie Andrewsa nie naśladowaliby tego błędu. Żaden z tych współczesnych adwentystycznych autorów przywoływanych przez Kocka nie podjął dzieła zbadania autentyczności tytułu Vicarius Filii Dei. Po prostu przejęli pogląd wprowadzony do naszego Kościoła przez Prescotta jako rzekomy dowód na słabość metody, a w ten sposób cofnęli nas w kierunku spirytualizacji liczby 666 i imienia stosownie do modelów katolickiego, protestanckiego i spirytualistycznego.
(Pozwól, że dodam tutaj, iż Decezja Michigańska w Stanach Zjednoczonych zwróciła się z prośbą do autora niniejszej recenzji, by odpowiedzieć na krytykę Bacchiocchiego. W wyniku tego sporządziłem dokument, który został szeroko rozpowszechniony przez internet. [Nie mam go w moim laptopie, więc prawdopodobnie pozostawiłem go w moim komputerze w Stanach Zjednoczonych]. W dokumencie tym wyjaśniłem między innymi problem Bacchiocchiego, który ten [wraz z innymi katolickimi i protestanckimi krytykami usiłującymi zaprzeczać temu, że znamieniem bestii jest kult niedzieli] pomieszał, tzn. iż liczba, imię i znamię to jedno i to samo. Najstarsze manuskrypty i większość przekładów mówią o „imieniu lub liczbie, lub znamieniu”. De Kock omawia to szeroko w swojej książce, wykazując antyadwentystyczne źródła krytyki, co było jasne już w 1939 roku).
V
Proroctwo Ap 13,2 wskazuje, że bestia (rzymski antychryst) miała otrzymać swoją polityczną i religijną władzę od smoka (rzymskiego cesarza będącego narzędziem „księcia tego świata”, szatana). Ponadto miała odziedziczyć tron imperatora. Ten tron miał zostać jednocześnie wzniesiony w Kościele chrześcijańskim, pozwalając rzymskiemu antychrystowi zająć miejsce Boga i Jego Syna (2 Tes 2,4nn). Taka bezczelna uzurpacja zazwyczaj nie łączy się z prawdą, ale raczej z kłamstwem. Dlatego zarówno apostoł Paweł jak i apostoł Jan używają słowa „zwiedzenie” opisując działalność antychrysta, a więc opisują go podobnie jak Jezus opisał szatana, ojca kłamstwa (J 8).
Zatem nie powinniśmy być zaskoczeni, że gdy tylko biskup rzymski zainstalował się na tronie cesarskim z całą władzą, jaka emanowała od cesarzy, jego zwodniczość zaczęła się przejawiać na poziomie nieznanym dotąd w dziejach. O tym mówią także pieczęci w Apokalipsie Jana, opisując zwięźle degradację przyszłego chrześcijańskiego świadectwa w historii. Przedstawiając trzecią pieczęć, której kolor jest antytezą pierwszej, odzwierciedlającej czystość ewangelii z Chrystusem jako jeźdźcem, Apokalipsa ukazuje nowego jeźdźca z wagą w ręce i przelicznikiem wskazującym na wyzysk i oszustwo.
W mojej książce The Seals and the Trumpets (Pieczęci i trąby; 2005) przedstawiam szeroką historyczną dokumentację oszukańczego charakteru epoki zainicjowanego i promowanego przez papieży. Na początku VII wieku papież Grzegorz zaczął szerzyć legendy o czyśćcu i wiecznym piekle jako metodę rzymskiego katolicyzmu używaną do zastraszania królów i książąt, którzy odbierali ziemie kościelne i nagradzali nimi swoich zwycięskich wodzów. Ponadto hierarchia rzymskokatolicka, usiłując uzasadnić odrzucenie prawdziwego dnia Pańskiego, soboty, wymyślała tysiące historii o straszliwych nieszczęściach, jakie Chrystus rzekomo spuścił na tych, którzy gwałcili niedzielę. Nie mając żadnych biblijnych dowodów, uciekano się do wszelkich absurdalnych sposobów, by narzucić niedzielę nie tylko chrześcijanom, ale i poganom. Jednak współcześni historycy z perspektywy politycznej zwracają największą uwagę na fałszywą Darowiznę Konstantyna.
W swojej książce de Kock szczegółowo przedstawia oszukańczy i okrutny charakter papiestwa na przestrzeni dziejów w jego ekspansji i władztwie w Europie, a nawet na innych kontynentach. Byłem nieco zaskoczony, kiedy przeczytałem dokumentację, jaką podaje, wykazując, że rzekomo ariańskie plemiona germańskie wytępione przez sprzymierzeńców biskupa Rzymu zostały fałszywie oskarżone o arianizm, by usprawiedliwić atak na nie i ich unicestwienie. Waldensi byli ostatkami tych, którzy przetrwali tę epokę w górach Piemontu i nie mieli nic wspólnego z arianizmem. Próba powiązania ich z Piotrem Waldo (Piotrem z Kotlin) ze strony papiestwa na początku II tysiąclecia była kolejnym zabiegiem mającym zatrzeć ich starożytne pochodzenie, o czym miałem okazję przeczytać w artykule dr. Jeana Zurchera (ówczesnego sekretarza Wydziału Południowoerupejskiego).
Cała ta historia zwodniczego charakteru i despotyzmu rzymskiego papiestwa szeroko opisana i udokumentowana przez Edwina de Kocka jest związana z tytułem Vicarius Filii Dei. Ten tytuł papiestwo przypisało sobie samo, najwyraźniej po raz pierwszy w fałszywej Darowiźnie Konstantyna. Według tego fałszywego dokumentu rzymski cesarz w IV wieku scedował na rzymskiego biskupa praktycznie całą ziemię Europy, jak również prymat i dominację nad światem. Krótko mówiąc, fałszywość tego dokumentu odzwierciedla intencję Kościoła Rzymskokatolickiego narzucenia duchowej i doczesnej dominacji w celu wyniesienia biskupa rzymskiego ponad wszystkich władców ziemskich.
W jakim historycznym kontekście został sfabrykowany dokument tak bezczelny jak fałszywa Darowizna Konstantyna? Otóż Lombardowie, jedno z germańskich plemion, osiedli na północy Italii i zamierzali podporządkować sobie biskupa Rzymu, domagając się płacenia podatków i trybutu od papieża Zachariasza (741-752), który odmówił ich płacenia. Z drugiej strony Pepin był prawdziwym władcą Francji, ale ponieważ nie pochodził z dynastii Merowingów zapoczątkowanej przez Chlodwiga, jego panowanie było niemal wyłącznie nominalne. Tak więc sytuacja dojrzała do tego, by papież zalegitymizował władzę Pepina pod warunkiem, iż ten obroni papiestwo przed Lombardami.
Ale papież mierzył wyżej. Przekroczył Alpy 14 października 753 roku w towarzystwie dwóch frankońskich szlachciców, a Pepin wyruszył im na spotkanie z całym dworem i tysiącami swoich zwolenników. Król wyraził wobec papieża swoją troskę, widząc zastępcę Syna Bożego, najwyższego kapłana chrześcijańskiego świata przekraczającego Alpy pomimo choroby, tak źle potraktowanego przez Lombardów, iż musiał prosić o pomoc w obronie grobów i pomników apostołów. Biskup wyraził wielkie zatroskanie faktem, że Lombardowie odebrali mu ziemie należące do niego jako dar cesarza Konstantyna, w tym Egzarchat Rawenny (kłamstwo oczywiste, jako że ten nigdy wcześniej nie należał do papieża). Jednocześnie przedstawił inny dokument, rzekomo napisany przez apostoła Piotra w niebie złotymi literami i pięknie oprawiony w najlepszą skórę, zawierający podpis na końcu. W dokumencie tym było napisane: „Piotr, wybrany jako apostoł przez Jezusa Chrystusa, do naszego ulubionego syna króla Pepina, do całej jego armii, do biskupów, przeorów, mnichów i całego ludu”.
Niektórzy historycy wyśmiewali tę historię jako nieprawdziwą i sugerowali inny historyczny kontekst pojawienia się fałszywej Darowizny Konstantyna. Jednak nie powinniśmy się dziwić tak horrendalnemu oszustwu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w tamtych czasach Kościół Rzymskokatolicki sfabrykował rzekomy list Chrystusa napisany Jego własną krwią, w którym miał On wyrażać smutek z powodu lekceważenia niedzieli i grozić, iż ześle latające węże o żelaznych zębach, by wyżarły łona kobietom. Tak straszliwy był gniew Chrystusa, że gdy list spadł z nieba na grób św. Piotra, ten rozwarł się, po czym nastąpiło trzęsienie ziemi i ciemność spowiła pół Rzymu. Zabobonni i pogrążeni w ciemnocie ludzie w tamtych czasach przyjmowali bez szemrania tego rodzaju historyjki.
Jednak Pepin pragnął się dowiedzieć, w jaki sposób taki list Piotra dostał się z nieba na ziemię. Papieski rzecznik miał gotową odpowiedź. Błogosławiony Piotr osobiście zstąpił z nieba i wręczył list swemu następcy, papieżowi. Uznany obecnie powszechnie król Francji nie zawahał się odpowiedzieć na to wysłaniem armii, aby odebrać ziemię Lombardom i przekazać ją papiestwu jako pierwsze papieskie państwo. A choć rzekome listy Piotra i Jezusa zesłane z nieba szybko skończyły swój żywot, fałszywa Darowizna Konstantyna była narzucana Zachodowi praktycznie do końca średniowiecza bez żadnych oficjalnych zastrzeżeń co do jej autentyczności, jako że nikt nie ośmielał się skrytykować oszustwa z wyjątkiem władców Wschodu, kiedy papież usiłował narzucić swoją władzę Kościołowi Prawosławnemu powołując się na ten fałszywy dokument.
Tytuł Vicarius Filii Dei występuje w fałszywej Darowiźnie Konstantyna tylko raz. Z tytułem tym łączą się trzy inne tytuły: Biskup Miasta Rzymu, Kapłan i Papież oraz ich odmiany: Najwyższy Kapłan, Główny Kapłan, Powszechny Kapłan, Powszechny Papież, Błogosławiony Papież, Najświętszy Papież. Rzekoma sukcesja Piotrowa i zastępstwo Syna Bożego na ziemi szły ze sobą w parze. Na dokument powoływano się, kiedykolwiek zaistniała potrzeba narzucenia władzy papieża królom, którzy w różnych czasach usiłowali się uwolnić z jarzma poddaństwa narzuconego im przez papiestwo. Świadectwa potwierdzające te fakty są liczne, tak iż nie sposób nawet policzyć je w książce Kocka. Wobec takiego źródła autorytetu nie należy się dziwić, że tytuł Zastępcy Syna Bożego wraz z rzekomą władzą Piotrową udzieloną przez samego Pana i odzwierciedloną przez przejęcie tronu rzymskiego były przywoływane przez wszystkich, którzy podziwiali papiestwo i walczyli o jego wywyższenie.
VI
Trzykrotnie Daniel w 8 rozdziale swojej księgi nawiązuje do samowywyższenia małego rogu symbolizującego rzymskiego antychrysta, co jest zbieżne z jego opisem w Apokalipsie, która wskazuje na bluźnierczość jako jego cechę. Papiestwo wynosi się ponad lud Boży, a nawet ponad samego Boga w Jego niebiańskiej świątyni i tych, którzy tam mieszkają (Dn 8,9-11; Ap 13,5-7). (Niektórzy tłumacze przekładają to słowo jako „wyrósł”, co nie jest zgodne z oryginałem). Było to możliwe wskutek odstępstwa w chrześcijaństwie, które rozwijało się już w czasach apostoła Pawła (2 Tes 2). Jednak miał nadejść czas, gdy odstępcze chrześcijaństwo otrzyma oficjalne uznanie państwa i to posłuży mu jako trampolina do jeszcze większego wywyższenia przez zwiedzenie i zepsucie.
Ten czas nadszedł wstępnie w 508 roku, kiedy Chlodwig, pierwszy germański król nawrócony na rzymski katolicyzm, założył Paryż stosownie do sytemu zarządzania, w którym państwo i Kościół Rzymskokatolicki związały się w „świętym małżeństwie”. Od tej pory każda inna religia nie wywyższająca papiestwa miała być uważana za agresywną i nieprawdziwą, a jako tak miała zostać wykorzeniona. De Kock nie wymienia tego wydarzenia, które było najważniejszym wydarzeniem tamtego roku. Zamiast tego wymienia wydarzenie, które wyznacza początek 1290 lat ohydy spustoszenia (Dn 12,11), gdyż, jak sugerują niektórzy współcześni historycy, Chlodwig został ochrzczony w tym roku.
Być Może de Kock nie wie o tym. Jednak kilka lat temu doszło do pewnej konfrontacji między Gerhardem Damsteegtem, profesorem z Uniwersytetu Andrewsa, a niektórymi członkami Instytutu Badań Biblijnych w kwestii wydarzenia, które wyznacza początek 1290 dni (lat). Pewien student Damsteegta napisał pracę doktorancką, w której zebrał całą artylerię, by wykazać, że Chlodwig został ochrzczony w 508 roku, tzn. na początku wymienionego okresu proroczego. Jednocześnie mój były uczeń z Austrii, który studiował także u Gerharda Pfandla, przygotował manuskrypt pod auspicjami Instytutu Badań Biblijnych, starając się dowieść, że data chrztu Chlodwiga nie jest jednoznacznie określona, wskutek czego spośród wydarzeń tego roku lepiej wybrać założenie Paryża jako stolicy Francji. To miasto było największym sprzymierzeńcem papiestwa w średniowieczu. Tam też Rzym po raz pierwszy przetestował trybunały inkwizycyjne (zob. książka mojego autorstwa pt. The Seals and the Trumpets [Pieczęci i trąby]).
Heinz Schaidinger, mój były uczeń, o którym wspomniałem (od kilku lat przygotowujący pracę doktorską w Austrii o waldensach), nie widzi powodu, by podkreślać chrzest Chlodwiga w związku w wyniesieniem papiestwa według proroctwa Dn 11,31 i Dn 12,11. Jak wskazałem obu stronom w różnym czasie w prywatnych dyskusjach, wierzę, że stanowisko Instytutu Badań Biblijnych jest najbardziej wiarygodne. (Napisałem o tym wcześniej w mojej książce pt. The Seals and the Trumpets), ale nie widzę też powodu, by podważać datę chrztu Chlodwiga, którą niezależni historycy wyznaczają na ten rok. Myślę, że mądrze jest cytować także to wydarzenie, ale nie składać całej wagi argumentu na ten fakt.
Jeden z zasadniczych problemów polega na tym, co rozumie się jako zniesienie „codziennej” i „postawienie obrzydliwości spustoszenia” w Dn 12,11. De Kock dotyka tego problemu w swojej książce, jako że spostrzegł tendencję niektórych historycznych adwentystów do przywracania poglądu Uriah Smitha w tej kwestii. Przez „historycznych adwentystów” rozumiem tych braci i siostry, którzy są przekonani, iż należy wierzyć dokładnie jak wierzyli pionierzy, a przy tym ignorują fakt, że prawda nie jest statyczna, a my nie mamy monopolu na wszelką prawdę. Na przykład niedawno dyskutowałem przez internet z pewnym północnoamerykańskim pastorem, który chciałby przywrócić pogląd Uriah Smitha także w kwestii króla północy z Dn 11,40. Przed upadkiem imperium otomańskiego Smith wierzył, że Turcja jest tym królem północy (z czym nie zgadzał się James White). Ów pastor utrzymuje, że imperium otomańskie odzyska potęgę i będzie się starało narzucić islam światu (pogląd ten należy uznać za dość mało sensowny).
Choć Biblia używa słowa tamid (ciągły, codzienny, regularny) 50 razy w powiązaniu z rytuałami świątynnymi, a wszystko w Dn 8 jest napisane w kontekście świątyni, na co wskazuje świątynna terminologia, William Miller wolał łączyć ten termin z pogańskim spostoszeniem (rzymsko-pogańskim prześladowaniem). Pionierzy podtrzymywali tę interpretację do końca XIX wieku, choć niektórzy, w tym James White, odrzucali ją.
Problem ten wiąże się ze stwierdzeniem Ellen G. White, która oświadczyła, że słowo „ofiara” zostało dodane do słowa „codzienna” (tamid), a Bóg podał właściwą interpretację tego terminu uczestnikom ruchu millerowskiego przed 1844 rokiem. Ci, którzy wierzą, że to stwierdzenie Ellen G. White dotyczyło wszystkich interpretacji dokonanych przez Williama Millera, są przekonani, że rzymskokatolicki chrzest Chlodwiga w 508 roku zakończył dominację pogaństwa i rozpoczął oficjalnie papieską ohydę. Niemniej niemal wszyscy adwentyści dni siódmego obecnie wierzą jak James White i interpretują tak, iż Ellen G. White ratyfikowała odrzucenie przez członków ruchu millerowskiego słowa „ofiara”, które nie występuje w hebrajskim oryginale, ale nie popierała wszystkiego, co Miller mówił na ten temat (s. 185). Ellen G. White interweniowała później, by położyć kres dyskusji między jej mężem a Uriah Smithem na temat codziennej, oświadczając, że więcej światła w tej kwestii zostanie udzielone w przyszłości i że nie jest stosowne, by Kościół dzielił się w takiej kwestii, i to w tak wczesnym okresie formowania się.
To światło, jak interpretujemy je dzisiaj, zostało dane przez dalsze studiowanie Biblii i rozważanego fragmentu. W wyniku tego niemal wszyscy wierzą obecnie, że założenie Paryża w 508 roku, a jednocześnie powstanie pierwszego katolickiego państwa, jest wydarzeniem które należy rozumieć jako wypełnienie proroctwa. To wydarzenie oznaczało oficjalne odrzucenie służby w niebiańskiej świątyni, którą pełni nasz jedyny Najwyższy Kapłan (Syn Boży) i ustanowienie w to miejsce potwornej bałwochwalczej ohydy papiestwa, który już wówczas jako samozwaniec twierdził, że jest zastępcą Chrystusa. To, co zrobił Chlodwig, było potem naśladowane w innych królestwach Europy. W mojej książce The Seals and the Trumpets udokumentowałem to szeroko.
Z historycznej perspektywy de Kock podkreśla także fakt, że pogaństwo, które przetrwało do czasu Chlodwiga, nie przestało istnieć wraz z jego nawróceniem. Nie sposób też twierdzić, że barbarzyńcy nawrócili się wówczas z pogaństwa na chrześcijaństwo. Chlodwig, podobnie jego siostra, przyjęli chrześcijaństwo wcześniej, a następnie „nawrócili się” na religię biskupa Rzymu. Z drugiej strony, pozwól mi dodać, że pogaństwo jako system opresywnych rzymskich rządów imperialnych zakończyło się w Rzymie w 476 roku, kiedy ostatni cesarz został usunięty z tronu. Choć ostatni cesarze byli nominalnie chrześcijanami, to jednak formuły i zasady sprawowania władzy w imperium nadal pozostawały pogańskie. Jak powinniśmy rozumieć czas, który upłynął pomiędzy rokiem 476 a 508?
W jednym małym punkcie różnię się od Edwina de Kocka, mianowicie w kwestii trzech rogów wyłamanych przez mały róg w jego dążeniu do wywyższenia siebie, arogancji i bluźnierstwie (Dn 7). Uważa on, że tymi trzema królestwami byli Wandalowie, Herulowie i Ostrogoci. Jednak nie bierze pod uwagę Wizygotów. W moich badaniach doszedłem do wniosku, że Herulowie podzielali pogląd na Bóstwo wyznawany przez Ostrogotów i różnili się tym od papiestwa, które oficjalnie opowiadało się za poglądem trynitarnym. Kiedy Herulowie zostali wchłonięci przez Ostrogotów, sytuacja papiestwa nie zmieniła się pod żadnym względem. Jednak nie miejsce tu na szczegółowe omówienie tej kwestii, którą szerzej omówiłem w mojej książce The Seals and the Trumpets. Obie interpretacje znajdują zwolenników w naszym Kościele.
Musimy tu podkreślić, że w tym duchu samowywyższenia papiestwo uparcie trwało przez wieki, posługując się przy tym środkami ze wszech miar oszukańczymi, jak sfabrykowanie rzekomej Darowizny Konstantyna ustanawiające święte imperium rzymskie pod panowaniem Karola Wielkiego, obalone przez ten sam naród, który niegdyś jako pierwszy je poparł, mianowicie przez Francję podczas rewolucji.
VII
Zwróciliśmy wcześniej uwagę na pewne fragmenty Apokalipsy Jana odnoszące się do zwodniczych cech polityczno-religjnej mocy, która zajęła miejsce pogańskiego Rzymu. Podkreśliliśmy także tę samą cechę w 2 Liście do Tesaloniczan. Stosowne będzie zwrócić raz jeszcze uwagę na owo tło, ale tym razem w Dn 8 zawierającym opis rozszerzony dodatkowo w Dn 11,29-39.
„A przy skończeniu królestwa ich, gdy przestępnicy złości dopełnią [odstępstwa, o którym Paweł mówi w 2 Tes 2], powstanie król niewstydliwej twarzy i chytry; i zmocni się siła jego, aczkolwiek nie jego siłą [będzie czerpał polityczną moc od królów], tak, że na podziw będzie wytracał [przy pomocy tortur, stosów i krucjat], a szczęśliwie mu się powiedzie, i wszystko wykona; bo wytracać będzie mocarzów i lud święty; a przemysłem jego poszczęści mu się zdrada w ręku jego, a uwielbi sam siebie w sercu swojem, i czasu pokoju wiele ich pogubi; nadto i przeciw książęciu książąt [antychryst, który zasiądzie w świątyni Bożej, podając się za Boga; zob. 2 Tes 2,4-5] powstanie, a wszakże bez ręki pokruszony będzie” (Dn 8,23-25 BG).
Edwin de Kock podkreśla w swojej książce, jak od początku papiestwo usiłowało usunąć wszelki ślad po tych, których niszczyło, aby móc przypiąć im etykietkę złych i przez to wyglądać lepiej w oczach świata i historii. Ponieważ celem tej bibliograficznej recenzji jest ustalenie interpretacji papieskiego tytułu Vicarius Filii Dei jako odpowiadającego proroctwu Ap 13,18, skupmy się teraz szczególnie na poszczególnych świadectwach, które autor zgromadził w tej kwestii.
Papież Mikołaj I w IX wieku cytował Dekrety Gracjana zawierające fałszywą Darowiznę Konstantyna i tytuł Vicarius Filii Dei, by podkreślić swoją rzymską supremację absolutnego monarchy, oraz oświadczył, że Dekrety te są na tym samym poziomie co Biblia.
Papież Leon IX (1049-1054) dosłownie cytował Darowiznę Konstantyna wprost oświadczając, że jest Vicarius Filii Dei na ziemi, domagając się przy tym zupełnej władzy nad Kościołem Prawosławnym na Wschodzie, co doprowadziło do ostatecznej schizmy między Wschodem i Zachodem.
Papież Grzegorz VII (1073-1085) liczył na wsparcie dwóch kardynałów – Anzelma II i Dusdedita, w swoim dążeniu do doczesnej władzy pośród wojen o sukcesję. Ci dwaj kardynałowie powoływali się na Darowiznę Konstantyna i tytuł Zastępca Syna Bożego.
Papież Honoriusz III, który zastąpił Innocentego III, cytował Darowiznę Konstantyna, by potwierdzić supremację Kościoła Rzymskokatolickiego, i nawiązał bezpośrednio do tytułu Vicarius Filii Dei, by podkreślić supremację papiestwa nad całym światem rzymskim.
Papież Jan XXII w swojej bulli z 23 października 1327 roku zastosował do siebie rzeczony tytuł, by potwierdzić swoją supremację, nadaną rzekomo przez Chrystusa Piotrowi i rzekomo uznaną przez Konstantyna w Darowiźnie.
Papieże Pius V, Grzegorz XII i Paweł V wobec protestanckiej krytyki w XVI wieku wdrożyli kontrreformację i czuli, że konieczne jest poprawienie prawa kanonicznego stosownie do ataków Lutra i innych protestantów, którzy podziwiali Lorenzo de Valla za zdemaskowanie oszustwa rzekomej Darowizny Konstantyna. To poprawione prawo kanoniczne zawierało nad tytuł Vicarius Filii Dei (wyd. rzymskie, 1582). Pomimo faktu, że sto lat wcześniej zostało dowiedzione, że Darowizna Konstantyna to fałszerstwo, nowe prawo kanoniczne potwierdzało ją wraz z tytułem Vicarius Filii Dei. Grzegorz XIII oświadczył publicznie, że to nowe prawo kanoniczne jest zupełnie wolne od błędów.
Jak uznaje wielu historyków, kto odważył się wypowiadać przeciwko fałszywej Darowiźnie Konstantyna, ten narażał się na męczeństwo, i to zarówno przed reformacją protestancką, jak i potem. Prawo kanoniczne, zgodnie z własnym argumentem papiestwa, zostało zrównane co do ważności z prawem Bożym. Po tym, jak Lorenzo de Valla (1405-1457) odkrył i zdemaskował fałsz rzekomej Darowizny, papieże umieścili jego dokument na indeksie ksiąg zakazanych (s. 336). De Valla był prześladowany przez inkwizycję, a płomieni uniknął jedynie dlatego, że znalazł obrońcę w królu Neaopolu Alfonsie V Aragońskim, który spierał się z papieżem o swoje ziemie. Wkrótce potem w 1478 roku grupa chrześcijan została spalona na stosie w Sztrasburgu za to, że ośmielili się podważać autentyczność rzekomej Darowizny jako mające na celu nic innego jak ustanowienie doczesnej władzy rzymskiego kapłana (s. 322-323).
Rok później Luter oświadczył, że Darowizna Konstantyna na przestrzeni wieków została zmieniona w ustawę, na mocy której papieże, kardynałowie i biskupi dopuszczali się najpotworniejszych zbrodni, rabunków na wielką skalę oraz przelewu krwi w celu narzucenia swojej despotycznej władzy królom i cesarzom. O tytule Zastępca Syna Bożego zawartym w tym dokumencie napisał na marginesie, że była to piąta cegła w wieży Babel. Nie bez przyczyny jezuita P. Antonio Bresciani stwierdził o Lutrze i Kalwinie w XIX wieku, że swoją bezbożność posunęli do takiej skrajności, iż ośmielili się Zastępcę Syna Bożego na ziemi nazwać przeklętym mianem antychrysta (s. 332).
Papiestwo nadal broniło autentyczności Darowizny aż w końcu kardynał Cesar Baronio na początku XVII wieku przyznał, że jest ona fałszywa. Nie znaczy to, że papież natychmiast się z nim zgodził. Wkrótce później, przekonany dowodami świadczącymi o fałszywości Darowizny, kardynał Jacques-davy du Perron, młodszy kolega kardynała Baronio, zapytał papieża Pawła VI jak ustosunkowuje się do tego, co napisał Baronio. Papież roześmiał się i odrzekł:
– Co miałbym na to odpowiedzieć? Prawo kanoniczne potwierdza ją.
Taka była postawa papiestwa aż do początku XX wieku.
Zadanie wymienienia wszystkich papieży, kardynałów i dygnitarzy Kościoła cytowanych przez Kocka pozostawiam innym, jeśli będą chcieli sobie zadać ten trud. De Kock podaje także świadectwo licznych dygnitarzy kurii rzymskiej, którzy byli wynoszeni przez papieża na wysokie stanowiska za to, że honorowali go jako Zastępcę Syna Bożego.
Tytuł Vicarius Filii Dei zawarty w fałszywej Darowiźnie Konstantyna został także uwzględniony w Decretum Gratiani, które ukazały się po raz pierwszy w 1140 roku i stał się fundamentalną częścią nauczania katolickiego prawa kanonicznego. Wraz z wynalezieniem prasy drukarskiej w 1500 roku Decretum zostały wielokrotnie wydrukowane. Po 1586 roku stały się częścią Corpus Iuris Canonici (zbioru prawa kanonicznego), który obowiązywał przez kolejnych 300 lat, aż do 1917 roku, kiedy został zastąpiony przez Codex Iuris Canonici, nie zawierający już fałszywej Darowizny Konstantyna.
Niemniej fakt, iż Darowizna została pominięta w XX wieku, gdy jej fałszywość nie ulega już żadnej wątpliwości, nie oznacza, że papieże odrzucili wszystkie tytuły i marzenia o politycznej i religijnej dominacji nad światem związane z tym tysiącletnim fałszerstwem. W rzeczy samej kilku ostatnich papieży (od Pawła VI do Benedykta XVI) przypisywało sobie tytuł Vicarius Filii Dei w różnych formach.
Jan XXIII 7 listopada 1958 roku, zaraz po wyborze na papieża, w obecności przedstawicieli mediów z całego świata sparafrazował deklarację zawartą w fałszywej Darowiźnie Konstantyna, odnosząc do siebie tytuł Zastępcy Syna Bożego na ziemi (s. 535).
Paweł VI przypisał sobie ten tytuł dwukrotnie – w latach 1965 i 1968 – w Acta Apostolicae (Konstytucji apostolskiej, która jest stawiana na takim samym poziomie jak papieskie oświadczenia wydawane w formie bulli; s. 532).
Jan Paweł II 28 czerwca 1983 roku, zwracając się do kardynałów i informując ich o swoim zamiarze ogłoszenia roku jubileuszowego, powiedział: „Wy wszyscy, członkowie rzymskiej kurii, moi koledzy, ode mnie, Zastępcy Syna”. W 1994 roku w Przekroczyć próg nadziei w rozdziale Papież – skandal i tajemnica przypisał papiestwu ten tytuł, sparafrazowany, ale kompletny, Zastępca Syna Bożego. Ponownie 21 października 2003 roku zwrócił się do kardynałów nazywając papieży, w tym siebie, Zastępcami Syna.
Benedykt XVI 20 kwietnia 2005 roku nawiązał do katolickiej trzody, której Bóg nigdy nie pozostawi bez pasterze, sukcesorów Piotra, tzn. papieży, jako Zastępców Syna (s. 536).
Wszystkie te najbardziej współczesne deklaracje papieży są oparte na fałszywej Darowiźnie Konstantyna, i cytują ją, jeśli nie dosłownie, to w formie parafrazy. Papiestwo nigdy nie będzie w stanie odrzucić fałszu, w obawie o utratę swoich aspiracji panowania nad światem oraz wpływu, który rzekomo wywiera na całym świecie na rządy i religie, nienegocjowalnego przywództwa, które uwidocznia się obecnie niczym ponury cień unoszący się nad ekumenizmem.
VIII
Nikt nie może zaprzeczyć oficjalnemu statusowi tytułu Zastępca Syna Bożego w odniesieniu do papiestwa, jako że, jak wskazuje dr Gerhard Damsteegt, tytuł jest oficjalny, jeśli występuje w oficjalnym dokumencie. Tak więc strategia dążenia do zdyskredytowania wartości tego tytułu, który papieże przypisują sobie od wieków i uwzględniają w swoim prawie kanonicznym, polegająca na sugerowaniu, że nigdy nie był on oficjalnym tytułem, jawi się jako komiczny mit, którego podtrzymywanie nie przyszłoby nikomu do głowy w żadnym innym kontekście.
Ale dlaczego współcześni papieże wracają do tytułu Zastępca Syna Bożego i przypisują go sobie? Zasugerowałbym szereg powodów. Z pewnością ich uwadze nie uchodzi fakt, iż świat coraz bardziej dojrzewa do tego, by papiestwo odzyskało swój utracony polityczno-religijny autorytet. Jan XXIII był papieżem ekumenicznym, który uznał inne Kościoły, ale w taki sposób, że potwierdził swoją supremację nad nimi jako sukcesor Piotra i Zastępca Syna Bożego. Inne Kościoły zostały nazwane „braćmi odłączonymi”, którzy musza wrócić do trzody Piotra jako jedynego najwyższego pasterza rzekomo ustanowionego przez Boga na ziemi. Paweł VI zawarł pakt z komunizmem, akceptując rzeczywistość tego rodzaju władzy i usiłując wykorzystać ją dla swoich celów. Czyniąc to nie omieszkał zaznaczyć, że nadal jest Zastępcą Syna Bożego na ziemi.
Jan Paweł II zainicjował polityczno-ideologiczną wojną przeciwko sekularyzmowi w świecie i musiał potwierdzić swoje tytuły podkreślające jego prymat. Zatriumfował nad komunizmem, który załamał się za jego pontyfikatu, i skorzystał z okazji, by wezwać prawosławne chrześcijaństwo, pokrzywdzone przez historię (najpierw islam, potem komunizm), by przyjęło jego supremację stawiającą go na miejscu Boga i Jego Syna. (Leon IX uczynił coś podobnego, usiłując narzucić swoją władzę prawosławiu na początku II tysiąclecia, co doprowadziło do tego, co Kościół Rzymskokatolicki nazywa wielką schizmą między Wschodem a Zachodem). Benedykt XVI podążał śladem polityki swojego poprzednika, a choć wielu nie zauważa tego, odwoływał się do tytułów powiązanych z kanoniczną podstawą, jaką miały w Darowiźnie Konstantyna, czego nie trzeba tu szczegółowo cytować.
Drugim powodem powoływania się na te tytuły wobec kardynałów i katolickich dostojników, jak również przywódców światowych, jest to, że świat protestancki utracił swoją profetyczną wizję i nie postrzega już papieża jako wroga. Przeciwnie, wielu protestantów czuje, że papież jest ich sprzymierzeńcem w walce z sekularyzmem. Jednak w niektórych papieskich świadectwach zarysowuje się wyraźna tendencja do używania skróconego tytułu – Zastępca Syna – co w pewnym stopniu maskuje rzeczywiste intencje i kamufluje jego utożsamienie z Ap 13,18, aby nie prowadzić do ożywienia dawnej protestanckiej i tradycyjnej adwentystycznej interpretacji. Jednak papiestwo dostrzega fakt, że protestanci, a obecnie także niektórzy adwentyści przejawiają skłonność do spirytualizowania treści proroctwa (umieścili to nawet w Wikipedii). Tak więc papiestwo może bez większych obaw używać tego tytułu, który w przeszłości jednoznacznie został zinterpretowany jako przepowiedziany w proroctwie za pomocą jego liczby.
Skłonność do idealizmu jako metody interpretowania Apokalipsy Jana przejawia się obecnie jak nigdy dotąd w świecie chrześcijańskim wraz z futuryzmem (który jest niczym innym jak zamaskowanym idealizmem, jako że operuje na polu fantazji) i preteryzmem (który ucieka się do idealizmu, kiedy nie jest w stanie wtłoczyć wszystkiego w I wiek). Kiedy to się zaczęło? Kiedy pojawili się teolodzy aleksandryjscy usiłujący alegoryzować w Biblii wszystko, czego nie umieli wyjaśnić? Augustyny z Hippony przekazał tę tendencję Kościołowi Rzymskokatolickiemu, spirytualizując milenium i obraz antychrysta, co pogrzebało historycyzm praktycznie na całe średniowiecze. Ta metoda pojawiła się znowu wskutek kilku czynników.
Jak napisałem w mojej książce The Mystery of the Apocalyptic Trumpets Unraveled (Tajemnica apokaliptycznych trąb wyjawiona; 2012), kiedy polityczna władza papiestwa została usunięta, papież nie był już postrzegany jako zagrożenie dla świata protestanckiego, który zaczął się rozglądać w poszukiwaniu kandydatów do wypełnienia proroctwa. Nie znajdując innego satysfakcjonującego kandydata, protestanci (z wyjątkiem fanatycznych futurystów) zaczęli robić to samo, co aleksandryjczycy i średniowieczni interpretatorzy, mianowicie spirytualizować Apokalipsę Jana.
Bóg powołał Kościół Adwentystów Dnia Siódmego, by wskazywał, że polityczna władza papiestwa zostanie odnowiona (Ap 13,3-4), a to wymaga, byśmy podtrzymywali protestanckie historycystyczne dziedzictwo. Jednak spora liczba teologów w naszym Kościele wpada obecnie w te samą pułapkę, idąc w ślady odstępstwa tych, którzy niegdyś byli naszymi historycystycznymi poprzednikami. Podobnie spirytualizują trąby (nie wiedzą, na co Bóg wskazuje), jeszcze bardziej mgliście interpretują apokaliptyczną bestię (jako symbol ludzkości pozbawionej Boga), a o Babilonie przedstawionym w Apokalipsie Jana mówią po prostu: „odstępstwo w czasach końca”, nie identyfikując instytucji, która to odstępstwo utożsamia.
W Kościele Adwentystycznym tendencja do spirytualizowania liczby 666 została wprowadzona przez Roya Allena Andersona w połowie XX wieku. Nie odrzucił on identyfikacji papiestwa z powyższą liczbą, ale dodał do swojej interpretacji babiloński amulet z obrazem słońca z jednej strony [awers] i liczbową łamigłówką, w której sześć razy występuje liczba 111. Od tej pory w naszych szeregach nie brakowało ludzi identyfikujących liczbę 666 z Babilonem z Apokalipsy Jana. De Kock zbadał fotografię tego amuletu, ale nie uzyskał zdecydowanych wyników. Nie ma nawet pewności, że pochodzi on z Babilonu, jako że napis pod słońcem jest wykonany pismem łacińskim a nie babilońskim. Podsumujmy zatem wyniki badania rzekomych babilońskich amuletów numerologicznych.
- Matryce z tego rodzaju łamigłówkami liczbowymi pojawiły się w naszych czasach jako kabalistyczne ćwiczenia związane z masonerią i teozofią, a nawet spirytyzmem. Te łamigłówki nawiązują do Mojżesza, Babilonu, Rzymu i innych. Tak więc Edwin de Kock podsumował to tak, iż tego rodzaju amulety zostały najprawdopodobniej wykonane po 1705 roku, choć pieczęcie i symbole na nich są oparte na żydowskiej średniowiecznej europejskiej kabale lub wprost zaczerpnięte z niej (s. 29). Tak czy inaczej, tego rodzaju kabalistyczne łamigłówki nie są zgodne z symbolizmem liczby 666 wyrażonej w systemie liczb arabskich (odmiennym od biblijnej greki). Zakładają bowiem zapis w postaci trzech szóstek, podczas gdy w rzeczywistości występuje sześć 111 czy licząc odwrotnie 111 szóstek (s. 35).
Szczególna terminologia stosowana przez te ruchy kabalistyczne została opisana przez Emanuela Swedenborga, który w 1766 roku napisał książkę Revelation of the Apocalypsis. Uważny za protestanta, sam o sobie powiedziać, że otrzymał wizje i przekazy od duchów i aniołów. Autor ten spirytualizował Apokalipsę Jana, w tym podane w niej liczby, wywierając w tym zakresie wpływ na autorów protestanckich i katolickich.
- Później w naszym Kościele pojawił się pogląd, ze liczba 6 symbolizuje niedoskonałość, bo brakuje jej nieco do liczby 7, która jest uważana za symbol doskonałości. Czyżby Bóg nie wiedział o tym i dał swoim aniołom o jedno skrzydło za mało, tak iż mają oni sześcioro skrzydeł (Ap 4,8)? Czy są przez to niedoskonali? Czy pierwszy człowiek został stworzony jako niedoskonały szóstego dnia, skoro dzień siódmy nie nastał jeszcze, gdy stworzenie zostało dokończone? Skoro symbolem człowieka ma być liczba 6, bo Adam został stworzony 6 dnia, to z pewnością liczba ta powinna też być symbolem zwierząt, które zostały stworzone równie doskonałe („I widział Bóg, że to było dobre”), w przeciwieństwie do apokaliptycznych bestii, które są potworami, a nie Bożymi stworzeniami.
- De Kock podkreśla także fakt, że liczba 6 przez wiele wieków była w chrześcijaństwie interpretowana jako symbol doskonałości (s. 586nn), co ma swoje korzenie w starożytnych kulturach. Autor czyni to, by wskazać subiektywność metody, jako że nawet jeśli liczba ma jakieś znaczenie, to nie jest dobra ani zła sama w sobie. Na przykład, 12 patriarchów Izraela i 12 apostołów jest reprezentowanych w fundamencie Nowego Jeruzalem, mimo że liczby te są wielokrotnością liczby 6. To samo dotyczy 12 tysięcy stadiów i 144 łokci, które to miary odnoszą się nie tylko do człowieka, ale także do aniołów (Ap 21,17). Miasto ma 12 bram i 12 pereł, a jego mur składa się z 12 rodzajów kamieni. W mieście Bożym powszechnie występuje więc liczba 6 jako wspólny mianownik, a nie liczba 7. Czy także w tym przypadku liczba 6 oznacza niedoskonałość?
A co powiemy o Rzymie z jego siedmioma wzgórzami, na których rozsiadła się nierządnica Babilon? Czyżby liczba wzgórz oznaczała, że jest to doskonałe miasto (Ap 17)? Siedem głów smoka i bestii (Ap 12—13), występujące także u czwartego zwierzęcia w Dn 7 (trzecie miało cztery głowy, co wraz z pojedynczymi głowami pozostałych daje siedem). Jaki z tego wniosek? Z jednej strony bestia ma siedem głów (symbol doskonałości), zaś z drugiej strony liczba jej imienia to 666 (rzekomy symbol niedoskonałości). Dokąd prowadzą nas takie kalkulacje? (Nie przeczę, że niektóre liczby mają symboliczną wartość, ale powinniśmy zachować daleko idącą ostrożność, gdyż ich symbolika w niektórych przypadkach jest sprytnym współczesnym zmyśleniem, a innym razem nie ma zastosowania, zaś przeciętny efekt jest taki, iż doszukiwanie się symboliki w liczbach odwraca naszą uwagę od prawdziwej intencji Apokalipsy Jana).
- Ale nawet zakładając, że 666 jest symbolem niedoskonałości, jak ludzie mogą czcić nasilony bunt i dążenie do zupełnej niezależności od Boga, jak sugeruje A.M. Rodríguez (s. 625)? Liczba ta nie dotyczy całej niedoskonałej ludzkości zwiedzionej przez antychrysta, by lekceważyć siódmy dzień tygodnia, i w ten sposób nie mogącej wejść do Bożego odpoczynku, ale raczej samego antychrysta zwodzącego ludzkość. De Kock dokumentuje fakt, iż wielu z tych, którzy przeczytali interpretację A.M. Rodrígueza w Lekcjach Biblijnych z 2002 roku, porzuciło adwentystyczną wiarę i wróciło do katolicyzmu.
- Jeśli po zbadaniu symboliki liczby imienia nie jesteśmy w stanie zidentyfikować samego imienia, to także siedem plag może nie spełnić się rzeczywiście, ale oznaczać jedynie zupełną zagładę bezbożnych. Nie powinniśmy też doszukiwać się siedmiu okresów w historii Kościoła opisanych jako siedem zborów, ani też dopatrywać się historycznych wydarzeń w siedmiu trąbach, a raczej podkreślać, że są one symboliczną liczbą i nie muszą mieć odniesienia do historii. I tak dalej… Taki sposób interpretowania nazywamy „idealizmem” lub „ahistorycyzmem”.
- Sugerowana szatańska trójca składająca się z trzech niedoskonałości (szóstek) także nie ma tu sensu. Ap 13 mówi, że jest to liczba bestii, a nie bestii wraz z fałszywym prorokiem i smokiem, z którymi bestia ma rzekomo tworzyć trójcę niedoskonałości – przeciwieństwo Bożej Trójcy (która, na marginesie, pomnożona przez dwa daje sześć, a nie siedem). Wiele starożytnych dokumentów wyraża liczbę 666 trzema różnymi literami, a zatem nie składa się ona z trzech szóstek [ale z liczb 600, 60 i 6]. Dopiero użycie tzw. arabskich cyfr (wynalezionych w IX wieku i spopularyzowanych w Europie dużo później) sugeruje, jakoby liczba ta składała się z trzech szóstek.
W rozdziale 10 mojej książki The Apocalyptic Expectations of the Sanctuary podkreślam to, jak w wojnie między imionami pogańskich bóstw a Imieniem Boga Izraela Bóg nakazał zniszczyć imiona pogańskich bóstw w kraju, który dał Izraelitom, a czcić Jego Imię, które umieścił w swojej świątyni (Pwt 12; 1 Krl 18,24.29; Mi 4,5; Iz 56,6-8 itd.), a konkretnie w Skrzyni Przymierza i swoim prawie (2 Sm 6,2; 1 Krl 8,20-21; por. Pwt 12,11). Ani imiona pogańskich bóstw, ani Imię Boga nie były jedynie nieokreśloną filozofią czy symbolizmem, ale konkretnymi imionami takimi jak Aszera, Asztarte, Baal, Mot w przypadku pogańskich bóstw oraz Odwieczny, Wszechmocny itd. w przypadku Imienia Boga Izraela.
Podobnie ostateczny kryzys będzie konfrontacją między fałszywym kultem składającym się zasadniczo z imienia uzurpatora – Zastępca Syna Bożego – i świętowania jego dnia, a oddawaniem czci imieniu Boga i Jego Syna oraz świętowaniu Jego dnia w uznaniu faktu, iż jest On Stwórcą i Odkupicielem. (Ci, którzy przyjmą znamię bestii, przyjmą je na czoło, co oznacza przekonanie, albo na rękę, co oznacza działanie bez przekonania. Imiona Ojca i Syna są ze sobą związane, tak iż tworzą jedno Imię [J 14,13.15-17.20-21.23; 17,11-12], a czci się je wyłącznie z przekonania, a zatem pieczęć Boża jest przyjmowana na czoło, co oznacza, że prawo Boże zostaje odciśnięte na nim). Bez przekonania i zupełnego nawrócenia do Imienia Boga i Jego Syna nikt nie będzie mógł się ostać w dniu Jego powtórnego przyjścia (Ap 6,17-18) ani odeprzeć bestii i jej obrazu (Ap 13,4-5.17-18).
Podsumowanie
Adwentyzm musi stać mocno na gruncie historycystycznego dziedzictwa, które przejął po swoich protestanckich poprzednikach, aby prawidłowo interpretować proroctwa Apokalipsy Jana. Żadna symbolika jakiegokolwiek wyobrażenia czy liczby w Apokalipsie Jana nie powinna odwodzić naszej uwagi od ich konkretnego wypełnienia w historii, które Bóg wyraźnie wskazywał. W związku z liczbą 666 musimy zachować ostrożność, by nie tracić z oczu imienia bestii w naszych poszukiwaniach rzekomej numerologicznej symboliki, która nawet nie występuje w biblijnej grece.
Oby każdy pastor i ewangelista głosił wyraźnie, że papiestwo jest ohydą spustoszenia, którą diabeł (smok) powołał do istnienia, by zwodzić świat w czasach średniowiecza, oraz że jego władza zostanie przywrócona w czasie końca, co obecnie widzimy (Ap 13,2-4). Miliony ludzi nie pojmują, do kogo jest skierowane wezwanie do wyjścia z Babilonu (Ap 18,1-5). Czczą samozwańca, który nazywa się Zastępcą Syna Bożego i oczekują od niego przebaczenia grzechu, zapominając, że Jedynym, który może odpuszczać grzechy, jest Bóg, który czyni to za wyłącznym pośrednictwem Jego Syna w niebiańskiej świątyni (1 Krl 8,39; 1 Tm 2,5; Hbr 7,25). Ludzie muszą się dowiedzieć, że życie wieczne jest wyłącznie w Imieniu Syna Bożego (1 J 5,13).
Wywyższajmy Stwórcę! Wywyższajmy Syna Bożego! Imię Ojca i Syna musi być na naszych czołach jako znak naszej przynależności do Boga. Nie pozwólmy, by diabeł wycisnął swoje znamię własności na nas w ostatecznym kryzysie, który wkrótce nastąpi. Uchwyćmy mocno życie wieczne i zatriumfujmy w mocy Boga i Jego Syna!
___
Źródło:
Dodaj komentarz